Od dawna już nie mam złudzeń co do poziomu polskich uniwersytetów. Moje iluzje rozwiały się po obserwacji jakości tego co uniwersytety produkują – tj. absolwentów, zwłaszcza absolwentów wydziałów prawa. I mam na myśli nie tylko jakość merytoryczną w postaci wyuczenia iluś tam paragrafów czy zasad prawnych, ale przede wszystkim zanik jakichkolwiek wartości etycznych ludzi, którzy uzyskują wraz z dyplomem formalny status inteligencji i zdobywają wpływ na nasze życie jako sędziowie, prokuratorzy czy adwokaci. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że każdy sąd generalizujący jest jakoś tam niesprawiedliwy i są jednostki etyczne, uczciwe i sprawne, ale masa wychodząca z dyplomem wydziału prawa – powiedzmy Uniwersytetu Warszawskiego – ma bardzo poważne braki w ukształtowaniu poziomu etycznego – niezbędnego do zajęcia statusu jakiemu niegdyś musiał odpowiadać polski inteligent.
Weźmy – dajmy na to – aferę reprywatyzacyjną w Warszawie, w której mieszkania straciło kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyrzuconych na bruk, a kamienice wartości wielu milionów przejęli – powiedzmy wprost – zwykli oszuści. Cały ten masowy proces odbył się oczywiście przy współpracy prawników – adwokatów występujących jako rzekomi reprezentanci dawno nieżyjących właścicieli i sędziów, którzy doskonale wiedząc o oszustwie, wyznaczali kuratorów dla ludzi, którzy musieliby żyć po 120 lat. To nie tylko łapczywi deweloperzy, ale absolwenci wydziałów prawa – jak sądzę właśnie Uniwersytetu Warszawskiego – bez żadnych skrupułów uczestniczyli w masowym oszustwie, trwającym wiele lat, zarabiając na ludzkiej krzywdzie.
Afera reprywatyzacyjna to przykład telewizyjny. Ja znam takich cynicznych, pozbawionych zasad etycznych prawników z wielu interwencji w sprawach setek pokrzywdzonych ludzi z całej Polski. Stąd od dawna już moje zdanie o wydziałach prawa słynnych uniwersytetów – w tym Warszawskiego – jest dość, że tak powiem – umiarkowane.
Ta wątpliwa ocena odnosi się do całego uniwersytetu, aczkolwiek jak sądzę – nauki ścisłe są mniej narażone na etyczne skrzywienie – bo co też może skręcić biedny pasjonat fizyki. Natomiast wydziały humanistyczne, instytuty nauk społecznych – to moim zdaniem instytucje w dużym stopniu pasożytnicze i szkodliwe. Nie dziwię się zatem staremu Bismarckowi, który kiedyś miał powiedzieć: „Acht und achtzig Professoren und Vaterland Du bist verloren” co się przekłada: „Osiemdziesięciu ośmiu profesorów i Ojczyzno jesteś zgubiona.”
Tak więc – niestety – na odcinku „uczelnie wyższe” mamy jeszcze sporo do zrobienia.
Tymczasem, zapewne dla podniesienia się w rankingach Uniwersytet Warszawski zajmujący w światowej klasyfikacji dalekie miejsce w szóstej setce uczelni, zaprosił do wygłoszenia wykładu w dniu Narodowego Święta 3 Maja – wybitnego naukowca – Donalda Tuska – przewodniczącego Rady Europejskiej. Wykład odbył się w czasie, gdy oficjalne obchody państwowe przebiegały w centrum Warszawy i już to samo stanowiło demonstrację polityczną, na jaką państwowa uczelnia, utrzymywana z podatków (również zwolenników PiS), nigdy nie powinna się zdobyć. Samo wystąpienie Tuska nie miało zresztą żadnych cech uniwersyteckiego wykładu, a było luźną polityczną gawędą skierowaną przeciwko PiS-owi, oklaskiwaną rzęsiście przez zgromadzonych profesorów – wychowawców twórców afery reprywatyzacyjnej.
Jakby tego było mało, przed Tuskiem wystąpił Lech Jażdżewski redaktor lewicowego, antychrześcijańskiego pisma „Liberte” z ostrym atakiem na kościół katolicki w Polsce, który porównał do „świni tarzającej się w błocie”. To wystąpienie także było oklaskiwane przez zebranych profesorów utrzymywanych z podatków katolickiego społeczeństwa.
Z polityką obecnie rządzącej partii można się nie zgadzać, ale wykorzystywanie instytucji nauki jaką jest uniwersytet do jadowitego ataku na katolicyzm, dalekiego od jakiegokolwiek poziomu naukowego, a także do udziału w kampanii politycznej Platformy jest czymś żenującym.
Ciekaw jestem czy rektor uczelni przeprosi Polaków za ten skandal?