Z szeregu zer łatwo stworzyć łańcuchy – głosiła jedna ze złotych myśli Stanisława Jerzego Leca. Przypomina mi się ta maksyma właśnie teraz, kiedy po aresztowaniu Bartłomieja Misiewicza internet przytacza co smaczniejsze opisy zwyczajów tego młodego człowieka. Jak to np. pułkownicy wezwani do „ministra” czekali pokornie, aż Misiek skończy żreć czekoladki. Jak generałowie usłużnie rozpinali nad „ministrem” parasole, jak salutowali skandując „Czołem panie ministrze!”, choć Misiewicz żadnym ministrem nie był. Dziś, kiedy CBA zakończyła karierę 26-letniego pupila Antoniego Macierewicza rodzi się wiele pytań. Można bowiem analizować przypadek Misiewicza np. pod kątem wiarygodności jego mentora Antoniego M., który tego gościa usadowił i w ministerstwie, a potem w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Jak to było możliwe, że taki twardy gość jak Macierewicz nie poznał się na swoim podopiecznym i łamiąc wszelkie procedury i wymogi wepchnął go do ważnej spółki państwowej? Ba, a pytanie o mechanizmy weryfikacji jakie w każdym normalnym państwie powinny funkcjonować – czy w państwie rządzonym przez PiS i Prezesa, jeszcze casus Misiewicza, jak i inne podobne przypadki karier zdają się temu przeczyć. Słowem czy ktoś tu jeszcze coś kontroluje, czy też po prostu każdy drze do siebie pchając „krewnych i znajomych królika” gdzie tylko się da? Oj nie tak miała wyglądać „Dobra zmiana”, nie tak. Miało być uczciwie, miało być państwo dla obywateli, a tu się okazuje, że owszem dla obywateli, ale tych co to mają legitymacje partii rządzącej. I jakoś tak nachalnie to się odbywa. Pewnie za rządów Platformy też układy torowały drogę do różnych stanowisk, ale jakoś chyba z mniejszym natężeniem i bardziej dyskretnie. A tu najpierw pchają jakichś niedorostków, potem CBA musi ich usuwać – żadnego ładu ni składu w tym nie ma. Za komuny – pamiętam – też była nomenklatura – grupa wiernych towarzyszy, których partia wyznaczała na stanowiska w narodowej gospodarce. Raz taki był dyrektorem huty, innym razem Cepelii – do wszystkiego się nadawał. Ale oczywiście nie był taki zdolny jak Bartłomiej M., który od aptekarza trafił do zbrojeniówki. No i komuna się ponoć skończyła. Jednak oprócz tych aspektów polityczno-ustrojowych w sprawie Misiewicza uderza mnie uległość, wręcz lizusostwo okazywane mu przez oficerów wojska. Jakoś w żaden sposób nie może mi się pomieścić w głowie, że ktokolwiek, a już oficer w szczególności może sobie pozwolić na takie traktowanie, jak to, którego opisy trafiają teraz do wiadomości publicznej. Bo owszem zachowywanie Misiewicza źle świadczy o nim, ale jeszcze gorzej o oficerach, którzy takie pomiatanie znosili. Pamiętamy historię Królestwa Kongresowego, w którym oficerowie armii sponiewierani przez Wielkiego Księcia Konstantego popełniali samobójstwa, bo honor nie pozwalał im znosić upokorzenia. Nie wymagam by współczesny polski pułkownik czy generał po zetknięciu się z niewychowanym zwierzchnikiem miał sobie palnąć w łeb, ale też pokorne uśmiechanie się po tym jak człowieka palną w gębę nie licuje jakoś z pojęciem właśnie honoru. Honoru – czyli po prostu godności osobistej. I – odnosząc te uwagi do tego co działo się na linii Bartłomiej Misiewicz – oficerowie trudno nie stwierdzić, że najzwyczajniej w świecie oficerowie kompletnie się nie popisali. Pokazali, że w istocie nie mają szacunku sami do siebie. Czy tylko oficerowie? Tymczasem wolność polityczna i porządek prawny w państwie właśnie opiera się na poczuciu godności osobistej. Bez poczucia godności – wolność i te wszystkie tam prawa obywatelskie, prawa wyborcze itd. itp. są po prostu zbędne, a nawet przeszkadzają. Bo – zauważcie dobrzy ludzie – że albo chodzi o wolność, albo o pensję i władzę? Więc jak cię – ci co są wyżej – leją w pysk to się uśmiechaj, bo inaczej nie dotrwasz do emerytury. Odbijesz sobie to na tych, którzy zależą od ciebie. I po co ja z tą komuna walczyłem?#