Każdy, kto organizował w Polsce wybory wie, jak rygorystyczne jest polskie prawo wyborcze. Każdy plakat musi być oznaczony, który komitet wyborczy go firmuje, każda audycja radiowa czy telewizyjna także. Surowe są zwłaszcza przepisy dotyczące finansowania kampanii wszystko – ma się rozumieć – po to, żeby zapewnić czystość, przejrzystość i nie pozwolić, żeby jakieś niejasne grupy interesów wspierały finansowo któregoś z kandydatów.
Poza tym obowiązują ścisłe limity wpłat i wydatków na kampanię. Wpłata od jednej osoby nie może przekroczyć 15-krotności najniższego wynagrodzenia i musi być przeprowadzona przez bank.
Ściśle monitorowane są wydatki, które można ponosić tylko za zgodą pełnomocnika finansowego komitetu i z których trzeba się rozliczyć pod groźbą kar – czego doświadczyły poprzednio i PSL, i Nowoczesna.
Każdemu z kandydatów przysługuje taki sam czas antenowy w mediach publicznych, a kolejność audycji jest losowana. Bo – nie dość, że korupcja powinna być wyeliminowana, to jeszcze wszyscy kandydaci ubiegający się o dany urząd muszą mieć równe szanse.
Żeby pilnować przejrzystości, tępić korupcję i zapewniać równość, powołano w Polsce Państwową Komisję Wyborczą, która nie dość, że ma szefa – sędziego, to jeszcze zatrudnia kilka setek wysoko wykwalifikowanych pracowników – głównie prawników. PKW działa w permanencji, czyli cały czas. Zawsze zastanawiałem się – czym zajmuje się Państwowa Komisja Wyborcza w latach, kiedy nie ma w Polsce żadnych wyborów, ale nie dotarłem do odpowiedzi do dziś. Utrzymywanie PKW oczywiście kosztuje polskiego podatnika kilkadziesiąt milionów rocznie, ale wiadomo – demokracja musi kosztować.
Co prawda w takiej Wielkiej Brytanii – na ten przykład – nie ma żadnej Państwowej Komisji Wyborczej, aparat wyborczy powołuje się kiedy są wybory, a potem rozwiązuje. Rząd Jej Królewskiej Mości nie widzi powodów, żeby wydawać ciężko zarobione funty, na utrzymywanie instytucji, która w okresach między wyborami nie ma po prostu co robić. Ale my w Polsce mamy „młodą demokrację” i musimy widocznie, być bardziej pilnowani, tak więc utrzymujemy cały aparat PKW czy są wybory, czy ich nie ma. Po to, żeby – jak już się rzekło – mieć większy porządek.
No i w tym rygorystycznym systemie, pilnowanym przez dostojną PKW, na kilka miesięcy przed wyborami samorządowymi jeden z wiceministrów obecnego rządu – energiczny łowca warszawskich przekrętów prywatyzacyjnych – Patryk Jaki – oznajmia, że będzie w wyborach kandydować na prezydenta Warszawy. I z miejsca nasz energiczny wiceminister przystępuje do działania, które trudno określić inaczej niż właśnie – kampania wyborcza. Spotyka się z mieszkańcami poszczególnych dzielnic Warszawy, zwołuje konferencje dla dziennikarzy, opowiada o swoich planach.
Wszystko to chętnie i często prezentuje publiczna telewizja będąca pod kontrolą tego samego rządu, którego wiceministrem jest nasz bohater. Jest oczywistą oczywistością, że wiceminister rządu prowadzi kampanię wyborczą, pomimo tego, że kampania jeszcze nie została ogłoszona. Jest też oczywiste, że nie ma jeszcze ani żadnego komitetu wyborczego, ani pełnomocnika. Jest też jasne, że inni kandydaci nie mają szans na otrzymanie takiego samego czasu antenowego – co gwarantuje im kodeks wyborczy i że zasada równych szans zostaje tu drastycznie złamana.
A co z finansami? Przecież nasz wicepremier, który tak gorliwie ściga przestępców warszawskich, w sposób oczywisty narusza kodeks wyborczy bo prowadzi kampanię, kiedy jeszcze nie ma żadnego funduszu wyborczego. A w ogóle to publiczna telewizja udostępnia mu czas antenowy za darmo i poza kampanią, czego nie zrobi w stosunku do innych kandydatów na pewno.
No i jeszcze i to, że nasz wiceminister w czasie kiedy prowadzi kampanię i biega po Warszawie, jednocześnie pracuje na stanowisku rządowym i bierze za to wynagrodzenie.
Czy to korupcja i nadużywanie władzy? Jak sądzicie obywatele wyborcy?